W ogrodzie wsi podlaskiej. Przemijanie.

   Sierpień 2017r. Zebrałam już trochę informacji, wywiadów i zdjęć do pracy magisterskiej, którą wówczas pisałam, ale… ale ciągle brakowało mi tego czegoś. Spotkań i widoków, które byłyby siłą napędową dalszej pracy. Pamiętam, że ten dzień był okrutnie zimny jak na lato, stale zanosiło się na deszcz, pochmurne niebo zabrało ostatnią nadzieję na wieczorne, złote światło. Dość niechętnie wsiadłam w pożyczone od taty auto, rzuciłam na deskę rozdzielczą porządnie zużyty notatnik z zestawem pytań i pojechałam przed siebie zupełnie bez planu. Jadąc jedną z leśnych dróg,  przypomniało mi się o niepozornym domku na zakręcie jednej z pobliskich wsi. Gdy podjechałam bliżej wiedziałam, że to będzie to, czego tak długo szukałam. Jeszcze bardziej skusiło mnie otwarte okno i dochodzący hałas telewizora.   “Panienko, nie, ten ogród? On wcale nie jest ładny. Sąsiad, o ten, dalej ma ładniejszy. Ma trawniki takie równe i żywopłoty, a u mnie chaszcze, nieoplewione takie! Ja siły na nie już nie mam, on nieładny.”
  Uśmiechnięta, trochę nieufna starsza Pani nie wierzyła, że w oko wpadł mi akurat jej ogród. Smutne, a nawet zatrważające, jak współczesne trendy zmieniły u ludzi postrzeganie piękna ogrodów. A ten? Był tajemniczy, pozornie chaotyczny, w rzeczywistości bardzo dokładnie przemyślany. Bramka od strony drzwi prowadziła prosto do drzwi domu. Żwirową, nieco poprzerastaną trawą ścieżkę otaczały obrzeża z drewnianych, długich listewek. Druga dróżka wiodła do identycznej furtki, przechodziła wcześniej przez ogród warzywny.,

 

Bramka z daszkiem sprawiała wrażenie przejścia do innego świata.  Złote łany słoneczniczków opierały się o płot, ściany domu, tuliły się do konarów uginających się od owoców jabłoni. Kontrastowały z nimi różowe, niemal fluorescencyjne lilie, floksy i firletki. I te ogromne hortensje drzewiaste! Co ciekawe rosły sobie jakby nic z równie potężnymi porzeczkami! 

– Pani ogród jest wspaniały. Kolorowy, szczery, prawdziwy. Marzę o tym by mój tak wyglądał. Kiedyś ogrody były otwarte. Były piękne nie tylko wewnątrz, ale i z zewnątrz. Było go widać! Każdy mógł go podziwiać, poza tym nie gryzł się z krajobrazem. Przedogródki rzucały się w oczy. Teraz ludzie zasłaniają się murami, płotami, żywopłotami. Podoba się to Pani? 
– Szczerze? widać, co mnie się podoba! Ja nie lubię tych tuj, ale ludziom się oni podobają.
– Co Pani zdaniem się zmieniło? Dlaczego kiedyś można było komuś zerknąć w sad, a teraz nawet frontu nie widać?
– Ludzie byli otwarci. Pracowaliśmy razem, wychowywaliśmy, bawiliśmy się. Nawet jak się kogoś nie lubiło, to i tak się pomagało, myśmy mieli tylko siebie. Po co było kryć to co ma się w domu, w ogrodzie? Jak była zabawa (dożynki, przyp.) to cała wieś się schodziła tam, pod ten sad. Każdy każdemu domu pilnował. Wieczorami na ławce przed domem się siedziało, rozmawiało, na drutach robiło, śpiewało. Nawet na nie swojej ławce się siedziało, to nic złego nie było.  A teraz nie wiadomo kogo do wsi przynosi, nowi ludzie dzień dobry nie odpowiadają. Chowają się. Jakby co do ukrycia mieli. Więc i ogród się zmienił. Grodzą się. A czego?

– Jaką rolę miały przedogródki?
– Cieszyć oczy miały… a co więcej… Mówiło się, że zadbany ogród to dobre panny. Dobre gospodynie. Bo jak oplewić potrafią, robią to często to zaradne i pracowite. I gust mają jak to się mówi. I jak kwiatów dużo, to że panny na wydaniu. To taka ozdoba była. I słoneczniki, i malwy, i peonie, georginie, rumianeczki rosły. Wszystko co kwitnie. 
– Wspomniała pani o zabawach w sadzie. Pamięta Pani jak się te miejsce pod sadem, pod drzewami nazywało?
– Ano była nazwa jakaś… oj wyleciało z głowy… Ciennik! I chłodnik! Myśmy chłodnik mówili. Pod lipami i pod sadem  się siedziało jak pod sufitem. 

Dzięki wspomnieniom Pani Romualdy i w mojej głowie ożyło wyobrażenie chłodnika. Wreszcie ktoś pamiętał od takim miejscu. W upalne dni miało przynosić schronienie przed palącymi promieniami. Starsza pani spędzała tam czas z bliskimi, bawiła się podczas dożynek, z domu wystawiano ławy, ktoś przynosił “harmonię” (akordeon), tańczono, śpiewano. W chłodniku odmawiano pacierze, bawiono się z dziećmi.
– I mama kazała tam w upały fasolę obierać. Jak ja tego nie znosiłam! Paznokcie odchodziły i palce bolały. Ale teraz dobrze wspominam, rzeczywiście, a już zapomniałam…

Widzę w Pani ogrodzie kilka roślin, które pochodzą z pól i łąk. Pani je tu zasadziła? 
– A które?
– Tutaj… dziewanna i krwawnik.
– Aaa, to one same tu przyszły… niby chwasty, ale ładne… takie przyfruwajki. Ja ich nie sadziła. One same przyleciały, a skoro ładne i je widać, to im zostać pozwoliłam. 
– Piękne są! Dobrze, że dała im Pani szansę. Pasują tu bardzo. A z lasów coś Pani przynosiła? czy z pól? 
– Też! I paprocie, i ostróżki te co sobie w żytku rosły, i inne…
– Teraz idzie się do sklepu i wybiera, co wpadnie w oko. Kiedyś nikt ich nie sprzedał. Skąd Pani je brała? 
– Nasionka się zbierało. Od sąsiadów. I w papierek zawijało, gazetkę, kładło w komorze i czekały do wiosny. Lub siało od razu. Inne to z ziemią się wymieniało z sąsiadkami. Kto jakiej nie miał to wymieniał, kolory czy na inny rodzaj. Od rodziców z domu się brało jak wyjeżdżało za mężem. Ale ja mieszkałam tu obok, zaraz o tu, to mnie się nie tyczyło. 
– Widzę u Pani taką piękną malwę. Nie widziałam takiej w tej okolicy. 
– A od koleżanki wzięłam kiedyś, o ze wsi obok. Ona przy ścieżce miała cały szlaczek. Mogę dać nasionek, ale chyba zielone, jeszcze niedobre. Jak będziesz przejeżdżała kiedyś to skubnij sobie.
– Dziękuję bardzo! Chętnie. Brakuje Pani tych wszystkich roślin we współczesnym ogrodzie? Mi bardzo. W tym na wsi zwłaszcza.
-Oj tak… Tu na wsi one dobrze wyglądają. Tu ich miejsce. Nie trawników. Kolorowo ma być i już! Ale co ja mogę wiedzieć, jak teraz nowe przychodzi, a ja stara jestem. Ogród kiedyś żył. Ludzi w nim pełno było, życia. I każde coś czemuś służyło. 

U schyłku jesieni, tuż po obronie pracy, wywołałam zdjęcia urokliwego ogrodu, spakowałam kopię swojej magisterki i wróciłam w okolice Niemczyna. Na drzwiach wisiała kłódka. Pani Romualda zmarła nieco ponad tydzień po naszej rozmowie. 

Dziękuję rodzinie Pani Romualdy za zgodę na publikację zdjęć i fragmentów rozmów. Czytacie tutaj skromny procent tego, o czym rozmawiałam z uśmiechniętą, niezwykle pozytywną starszą panią, która obdarzyła mnie pełnymi mądrości słowami. Część informacji i zdjęć wykorzystam w innych postach. A część z nich zachowam tylko sobie, jako dobry amulet na dalszą podróż.

 

4 thoughts on “W ogrodzie wsi podlaskiej. Przemijanie.

  1. Piękny ogród! I tekst, i rozmowa z panią Romualdą, taka cenna. Uwielbiam wiejskie ogrody, pełne kwiatów i takie naturalne w formie. Od zeszłego roku jestem posiadaczką domu i działki na wsi, pod lasem. Powoli urządzam go po swojemu, ale chcę, żeby właśnie był taki sielski i pasował do krajobrazu. Bardzo się cieszę, że trafiłam na Twojego instagrama i ten blog, czuję, że będzie wspaniałą skarbnicą wiedzy i inspiracji! Czekam na więcej 🙂

    1. Dziękuję Ci serdecznie! Nawet nie wiesz ile radości sprawia mi czytanie takich ciepłych słów. A najbardziej cieszy mnie, że podeszłaś do otoczenia i historii z prawdziwym sercem. Trzymam za Ciebie i Twój ogród kciuki, Twoja praca z pewnością się opłaci!

  2. wspaniała Pani Romualda domek, ogród, kwiaty….uwielbiam floksy i malwy.Wspaniała opowieść, dzięki za wspomnienia, u mojej Babci też był taki ogródek, który własnoręcznie pieliłam. Pozdrawiam Maju

  3. Takie zdjecia i rozmowy to juz unikat . Porownujac tamten swiat a dzisiejszy to serce boli , ze to piekniejsze sie konczy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *